„Cudze znać warto, swoje obowiązek …” Zygmunt Gloger
Odszedł do wieczności. Wacław Zawłocki (1935 – 2022)

Pan Wacław Zawłocki urodził się 10.04.1935 roku w Komorowie nieopodal koszar SPP. Mama Maria z domu Duchnowska zajmowała się domem oraz pracowała na stołówce 7 kompanii podchorążych. Tata Józef Zawłocki pracował jako wartownik w SPP.
Szkołę podstawową ukończył w Starym Komorowie. Mając zaledwie 19 lat rozpoczął z dniem 1 września 1954 roku pracę w garnizonie Komorowo. Rok później 1 października 1955 roku został skierowany na roczny I Kurs Kartograficzny organizowany przez Wojskowe Zakłady Kartograficzne w Warszawie. Kurs przeprowadzono w Komorowie. Celem kursu było przygotowanie przyszłej kadry dla nowo powstającej jednostki kartograficznej w Komorowie. Po ukończeniu kursu z dniem 1.10.1955 roku został przydzielony do nowo powstającego 2 Samodzielnego Oddziału Kartograficznego – JW 3130, gdzie przepracował do 30 kwietnia 1978 roku na następujących stanowiskach:
• kartograf rysownik,
• sekretarz techniczny,
• starszy rysownik,
• starszy rysownik do prac specjalnych,
• kartograf rysownik w sekcji map plastycznych.
Od dnia 1 marca 1959 roku do chwili zakończenia pracy zawodowej należał do Związku Zawodowego Pracowników Poligrafii działającego przy wojsku.
W latach sześćdziesiątych ukończył Liceum Ogólnokształcące w Pruszkowie. Od 1.05.1978 roku do 30.09.1979 roku pracował poza wojskiem. Za porozumieniem stron pracował jako kierownikiem Ostrołęckim Przedsiębiorstwie Gospodarki Turystycznej ,,KURPIE” w Ostrołęce. Do JW 3130 powrócił 1 października 1979 roku, gdzie pracował nieprzerwanie do 31 października 1995 roku. To jest do chwili rozwiązania jednostki.
W wyniku kolejnej reorganizacji jednostek topograficznych garnizonu Komorowo z dniem 1 listopada 1995 r. otrzymał przydział do nowo sformowanego 22 Wojskowego Ośrodka Topograficzno-Kartograficznego - JW 3470, gdzie pracował początkowo na stanowisku kartograf rysownik w sekcji map plastycznych, a następnie na stanowisku introligatora do dnia 28 grudnia 1999 roku.
Pan Wacław podczas pracy zawodowej uczestniczył w opracowaniu map plastycznych:
• mapy fizycznej Polski,
• mapy województwa ostrołęckiego,
• planu Warszawy,
• stołu plastycznego bitwy Racławickiej znajdującego się w małej Rotundzie Panoramy Racławickiej we Wrocławiu w 1985 r.
Zdolności plastyczne p. Wacka podczas pracy w wojsku były wykorzystywane również przy opracowaniu graficznych projektów okolicznościowych wydawnictw służby topograficznej: dyplomów, kalendarzy ściennych, okładek notesów i notatników, folderów, kreskówek pomników .komorowskich, szkiców medali pamiątkowych, zaproszeń i odezw okolicznościowych itp.
Aktywnie uczestniczył w organizacji i realizacji licznych uroczystości państwowych i wojskowych odbywających się na terenie garnizonu i miasta Ostrów Mazowiecka.
W ciągu 45 letniej pracy w wojsku w Komorowie p. Wacław Zawłocki był wyróżniany przez dowódców jednostek wojskowych licznymi dyplomami uznania, odznaką pamiątkową 22 WOK-T, medalem pamiątkowym ,,50 - lecia WOT-K” i medalem ,,75 - lecia Służby Topograficznej WP ” przez szefa Służby Topograficznej WP, srebrną odznaką ,,Za zasługi w dziedzinie geodezji i kartografii”. Ponadto na wniosek przełożonych odznaczony był przez Ministra Kultury i Sztuki odznaką ,,Zasłużony Działacz Kultury” – 21.05.1981 r., medalem ,,40 - lecia Polski Ludowej” nadanym uchwałą RP nr 93/7/84 z dnia 22.07.1984 r., srebrnym Krzyżem Zasługi na mocy uchwały RP z dnia 7.06. 1986 r. oraz złotym Krzyżem Zasługi postanowieniem prezydenta RP z dnia 7.08. 2001 r.
Poza pracą zawodową miał liczne pasje oraz udzielał się społecznie na rzecz środowiska w różnych organizacjach.
Był organizatorem i jednocześnie założycielem klubu kajakowego ,,GRYF” działającego w ramach PTTK przy garnizonie Komorowo. Do PTTK wstąpił w dniu 18.03.1958 roku. W okresie przynależności do PTTK pełnił następujące funkcje:
• v-ce prezes Zarządu Oddziału w Ostrołęce w latach 1972 – 1977,
• członek Zarządu Oddziału w Ostrołęce w latach 1977 -1980,
• prezes Zarządu Oddziału w Ostrołęce w latach 1980 – 1983,
• przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Turystyki Kajakowej w Ostrołęce.
Będąc członkiem PTTK był organizatorem i zarazem uczestnikiem licznych imprez turystycznych w kraju i zagranicą. Aktywnie uczestniczył w licznych naradach i szkoleniach aktywu PZK. Od 1976 r. przy Zarządzie Wojewódzkim w Ostrołęce - Społeczny Opiekun Zabytków PTTK. Na wniosek Zarządu Wojewódzkiego PTTK w Ostrołęce za aktywny udział w pracach na rzecz turystyki był wyróżniany:
Srebrną odznaką PTTK - 13.11.1972 r.
Złotą odznaką PTTK - 20.11.1975 r.
Zarząd Główny PTTK przyznał p. Zawłockiemu odznaki ;
Załużony Działacz Turystyki.
Odznaką 25 lecia PTTK - 29.11.1985 r.
Polski Związek Kajakarski przyznał za zasługi położone nad rozwojem kajakarstwa odznaki honorowe: brązową, srebrną, złotą i złotą z wieńcem. Legitymacja ta upoważniała do bezpłatnego wstępu na wszystkie zawody kajakowe na trenie PRL,
Jako miłośnik ojczystej przyrody należał do Ligi Ochrony Przyrody. W ramach tej organizacji był aktywnym jej członkiem i zarazem strażnikiem. Za wkład wniesiony w ochronę środowiska naturalnego został wyróżniony srebrną i złotą odznaką honorową LOP.
Do Polskiego Związku Wędkarskiego należał od 1958 roku. W związku wędkarskim pełnił funkcję skarbnika Zarządu Koła. Uchwałą Zarządu Głównego PZW za zasługi dla wędkarstwa została nadana srebrna i złota odznaka PZW.
Uprawiając czynnie sport wstąpił w styczniu 1969 roku do Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej ,,GRYF” działającego przy JW 3130.
Za wzorową pracę w ramach statutowych TKKF został wyróżniony srebrną i złotą honorową odznaką TKKF.
W dniu 14.11.1988 r. wstąpił do Towarzystwa Pamięci Józefa Piłsudskiego. W ramach towarzystwa brał udział w odsłonięciu pomnika J. Piłsudskiego w Białymstoku w dniu 10.11.1991 roku. Na zaproszenie Zarządu Głównego Towarzystwa brał udział w uroczystości poświęcenia sztandaru Towarzystwa w katedrze polowej WP w Warszawie w dniu 25 kwietnia 1993 roku. Z ramienia towarzystwa aktywnie uczestniczył przy odbudowie pomnika marszałka w Komorowie odsłoniętego 19.09.1999 r.
Przynależał do Towarzystwa Miłośników Ziemi Ostrowskiej i działającego w jego ramach Koła Przyjaciół SPP w Komorowie. Zarząd Związku Oficerów Służby Stałej WP II RP przyznał medal pamiątkowy za duży wkład w organizację odsłonięcia płyty pamiątkowej w czasie zjazdu absolwentów SPP w dniu 24 września 1989 roku. Zaprojektował tablicę poświęconą płk dypl. Ludwikowi Bociańskiemu – komendantowi SPP. Był współorganizatorem uroczystości nadania jego imieniem ulicy oraz odsłonięcia na biurze przepustek JW 3470 pamiątkowej tablicy dokonanej przez siostrzenicę płk Bociańskiego w dniu 15 sierpnia 1993 roku. Był współorganizatorem wystawy poświęconej 80 rocznicy założenia SPP w Komorowie. Wystawa była zorganizowana w siedzibie Towarzystwa w Ostrowi Mazowieckiej. W ramach współpracy ze Związkiem Oficerów Służby Stałej WP II RP uczestniczył w organizacji uroczystości i spotkań roboczych. W ramach zadań członkowskich często oprowadzał po terenie koszar członków tego związku. Za duży wkład pracy na rzecz popularyzacji wiedzy o SPP w Komorowie Zarząd Koła SPP w Londynie wyróżnił p. Zawłockiego Złotą Odznaką Koła - 29.11.2000 r.
Burmistrz miasta Ostrów Mazowiecka wyróżnił za wkład pracy wniesiony na rzecz budowy pomnika księżnej Anny Mazowieckiej i prowadzenie kroniki miasta.
Dyrektor i grono pedagogiczne ZSP nr 2 złożyło na ręce P. Wacława pisemne podziękowanie za duże zaangażowanie na rzecz kształtowania patriotycznych postaw młodzieży szkolnej.
W latach 2000-2003 był ławnikiem Sądu Rejonowego w Ostrowi Mazowieckiej. Za wzorowe pełnienie obowiązków ławnika w dniu 13.12.2003 roku otrzymał pisemne podziękowanie od Prezes Sądu Rejonowego w Ostrowi Mazowieckiej.
Był członkiem Zarządu miejskiego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Ostrowi Mazowieckiej. Był organizatorem i uczestnikiem licznych spotkań z dziećmi podczas których popularyzowano wiedzę z zakresu ochrony ojczystej przyrody. Wykonywał projekty dyplomów ślubowań wręczanych dzieciom wstępujących do LOP oraz szkice zwierząt, ptaków, roślin do konkursów prowadzonych z dziećmi o tematyce przyrodniczej.
Do Polskiego Związku Filatelistycznego należał od 25.08.1961 roku.
Dotychczasowy przebieg pracy zawodowej w połączeniu z licznymi pasjami wymagał od p. Wacława ogromnego poświęcenia, zaangażowania osobistego, samozaparcia i pracowitości, aby to wszystko pogodzić.
CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI !
Opracował : mgr Jan Iwaniuk
Józef Rządzki – Ostrowski Żołnierz Wyklęty
Od paru lat oficjalnie składamy podziękowania i hołd „żołnierzom wyklętym”. Szukamy pamiątek po nich, staramy się wydobyć z niepamięci to wszystko co po nich zostało. Oni sami, udręczeni przez władze PRL, a często też przez mylne wyobrażenia społeczeństwa, żyli wśród nas nierozpoznani, niewłaściwie oceniani, lekceważeni, nie szukając rozgłosu czy należnych im zaszczytów. Obok nazwisk znanych powszechnie bohaterów takich jak Witold Pilecki, epizodycznie związany z Ostrowią, mamy kogoś, kto żył w naszym mieście wraz z rodziną od 1945 roku. Skromnie, bez rozgłosu. Najpierw pracował w szkole podstawowej nr 1 w 1947 roku został aresztowany za przynależność do WiN. Skazany dwukrotnie na karę śmierci, przepadek mienia i dóbr osobistych. Siedział w różnych więzieniach do 1957 roku. Po wyjściu z więzienia mimo że był pedagogiem mógł pracować tylko w bibliotece szkolnej. Został zatrudniony w technikum ekonomicznym. Spełniał swoją rolę nauczyciela bibliotekarza organizując koło przyjaciół biblioteki, pomagając uczniom z języka niemieckiego i dzieląc się z nimi wiedzą z wielu dziedzin. Czasem zapraszano go do szkół na spotkania, on opowiadał o swoich dokonaniach wojennych, o walce partyzanckiej, o pracy przy przesyłaniu wiadomości o V1 i V2, o wyrokach śmierci i trochę o represjach władzy ludowej. Dzieci, młodzież owszem, wierzyły starszemu panu, ale społeczeństwo, dziś już najstarsze – powątpiewało w to co mówił pan Rządzki.
- Aż tyle? - mówiono. - Przerost własnej chwały! -
Dziś jeszcze zapytany o niego jeden ze znanych ostrowiaków powiedział:
- Chwalił się, a odznaczenia dawali każdemu, kto się zgłosił, bo jakoś tam się zasłużył.
- A wyroki śmierci?
- Też szafowano nimi, a potem odwoływano – odpowiedział.
Znaliśmy pana Rządzkiego i nie mogliśmy pozostać przy takiej o nim opinii, zbyt go krzywdzącej.
Odwołaliśmy się do IPN-u. Potem odnaleźliśmy córkę Barbarę – z domu Rządzką, Frenkler, posiadającą duży bagaż wiedzy dokumentalnej o ojcu.
Gdy powiedzieliśmy jej, że chcemy przywołać i rozpowszechnić pamięć o jej ojcu, zapytała z żalem:
- A gdzie było społeczeństwo, gdy ojciec żył w Ostrowi? Niedoceniony i odtrącony przez wielu? -
Przesłane przez panią Frenkler dokumenty zaszokowały nas. Jest w nich potwierdzenie wszystkiego, o czym mówił pan Rządzki, co było trudne do uwierzenia. Postanowiliśmy przekazać Państwu wiedzę o naszym ostrowskim żołnierzu wyklętym. Będziemy to robić sukcesywnie wysyłając kolejne dokumenty, dotyczące człowieka, który ma w Kolbuszowej swoją ulicę, a w tamtejszym muzeum dość duży kącik.
W zebraniu tym chętnie wziąłem udział. Narada upłynęła w miłym nastroju pod przewodnictwem płk- Jana Mazurkiewicza – ps. „Radosława”. Przyrzekłem podzielić się mymi wspomnieniami, chociaż dzisiaj trudno jest zdać dokładną i ścisłą relację z owych dni z tak odległych lat. Wiem, że będą luki w tym wspomnieniu i niedokładności. Brak będzie wielu nazwisk szarych żołnierzy AK, którzy z pełnym poświęceniem wykonywali moje rozkazy. Ich trud, ich poświęcenie, ofiarność i odwaga przyczyniły się do osiągnięć i zwycięstwa.
W pamiętnych dniach wrześniowych 1939 jako młody oficer w stopniu porucznika, najpierw d-ca kompanii, a w kilka dni później d-ca batalionu 71 PP, 18 dywizji brałem udział w walkach z Niemcami na północy, w rejonie Puszczy Kurpiowskiej, nad Narwią, w okolicach Łomży i Ostrołęki. Nasza Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” stawiała czoło wojskom hitlerowskim gen. Guderiana. Już w pierwszych dniach poznałem co to jest wojna, rany, zwycięskie bitwy i wreszcie klęska, niewola. Po kilku godzinach niewoli udaje mi się z niej uciec. Wiadomość o całkowitej klęsce wywołała u mnie jakiś ból, żal, jakiś bunt wdarł się do mej duszy, a zarazem jakaś pewność - „Niemcy nie będą zwycięzcami ostatecznymi”. Jakiś wewnętrzny głos dodawał otuchy i budził nadzieję. Ileż to było w naszej historii upadków, później zrywy i wolność. Najważniejsze, to duch narodu. W nim siła i nadzieja. Najeźdźca za wszelką cenę chciał osłabić nasze społeczeństwo pod tym względem. Pisma, radio, odezwy, wypowiedzi wyraźnie o tym świadczyły.
Jako żołnierz i pedagog nie mogłem pozostać bezczynny. Po tułaczce wróciłem w listopadzie 1939 do żony i synka przebywających w Ostrowi Mazowieckiej. Nie mogłem długo być z nimi. Żegnam rodzinę i pod przybranym nazwiskiem wyjeżdżam na południe do rodzinnej wsi Rzędzianowice, pow. Mielec, woj. rzeszowskie.
Na terenie Mielca znalazłem wielu kolegów, słowa pocieszenia i wiadomość, że istnieje już konspiracyjna praca, jest nawet pismo konspiracyjne „Odwet”. Jednym z jego współpracowników, to mój kolega szkolny Władysław Jasiński, ps. „Jędruś”, o którym do dziś pozostała piosenka „Jędrusiowa dola”.
Ucieszyłem się niezmiernie tymi wiadomościami. Chociaż pierwszym moim zamiarem była wędrówka za granicę, to po otrzymaniu tych wiadomości zmieniłem plan i postanowiłem zostać w kraju, tu gdzie panoszył się wróg. Nie pytałem o polityczny kierunek konspiracji, wystarczył mi jej cel - tj. walka z wrogiem.
W dniu 4.12.1939 r. złożyłem przysięgę przy pierwszym spotkaniu z rtm Wysockim ps. „Godziemba”, komendantem Obwodu ZWZ „Mleko” (pow. mielecki). Otrzymałem funkcję oficera broni Obwodu, zadaniem moim było zbieranie i magazynowanie broni oraz sprzętu wojskowego. Praca nadzwyczaj trudna i niebezpieczna. Trzeba było zdobyć zaufanie, poprzez znów zaufanych ludzi. Wtedy to znalazłem się po raz pierwszy w leśnej wiosce Bliźnie.
Wioska ta położona z dala od głównych dróg, w resztkach dawnej Puszczy Sandomierskiej, na granicy powiatów mieleckiego, kolbuszowskiego i dębickiego.
Bliznę, tę spokojną i małą wioskę, bo liczącą około 30 gospodarstw wybrałam jako miejsce magazynowania broni i pojazdów, przeważnie motocykli. Opiekę nad tym sprzętem sprawował kapral rez. Aleksander Rusin, ps. „Rusal”. Rusal zdobył sobie mundur niemiecki, umiał prowadzić pojazdy. On to zdobywał na Niemcach owe motocykle. Najczęściej zabierał je sprzed lokali, miejsc postoju itp. a następnie odprowadzał do Blizny. Nie długo cieszyłem tą kryjówką, bo już latem w 1940 r. przyszedł nakaz wysiedlenia mieszkańców Blizny. W tym też czasie zostałem zamianowany z-cą km-ta Obwodu. Praca organizacyjna, odprawy, kontakty i szkolenia wypełniały mi czas. W nocy dnia 21.02.41 r. przybyło po mnie gestapo, na wskutek ujęcia kolportera „Odwetu”. Wiózł on prasę, między innymi również i dla mnie.
Gestapo nie zastało mnie w domu, hitlerowcy oprawcy aresztowali mi brata, szły poszukiwania za mną. Musiałem opuścić tamte tereny i zostałem przeniesiony do Warszawy. Z Mielcem całkowicie zerwałem kontakty.
Po przeszło rocznym pobycie w Warszawie odwiedził mnie komendant Rejonu ZWZ płk „Jagra”, Walery Tumanowicz, któremu podlegał Mielec i zaproponował mi powrót na południe i objęcie funkcji Km-ta Obwodu ZWZ „Kefir”. Płk. Jagra przekazując mi ten Obwód nadmienił, że chociaż tam praca organizacyjna już jest przeprowadzona, to jednakże wszystko należy, zacząć prawie „od nowa”, bo brak oficerów, podoficerów, broni i działań. Równocześnie Obwód mój został przydzielony do nowego Rejonu ZWZ „Rzemiosło”, (Rzeszów). Oficjalnie otrzymałem pracę vorarbeitera bei „Polnische Nilflussregulierung” w Kolbuszowej.
Mając doskonałe alibi pod przybranym nazwiskiem „Kordyszewski” zabrałem się do pracy konspiracyjnej. Nie brakło chętnych i oddanych sprawie ludzi. Zorganizowałem dywersję, kompanie i placówki, szkoły podchorążych i podoficerskie, WSK, a nawet pluton przysposobienia lotniczego, warsztaty rusznikarskie, produkcję granatów i pracownię kartograficzną, obsadę dowódczą, wywiad i propagandę i wtedy dopiero poczułem się pewniej i rozpocząłem działania.
Tylko 3 km na zachód od miasta miałem wielki poligon wojskowy SS - Trüppenubungsplatz - Heidelager założony pod koniec 1940 r. Na tym terenie była Blizna. Poligon obejmował teren mający w przybliżeniu kształt kwadratu o boku do 20 km długości, którego narożniki stanowią miejscowości: Brzeźnica, Rzochów koło Mielca, Kolbuszowa i Sędziszów Małopolski. Ludność wysiedlono, a opustoszałe tereny – zwłaszcza w rejonie Pustkowa – pokryto bunkrami, barakami koszarowymi, składami amunicji i żywności. W pobliżu poligonu założono obóz pracy przymusowej dla Polaków i Żydów. Stan załogi wojskowej - zmienny, - dochodził niekiedy, do 20 000 żołnierzy, nie licząc stałej obsady, administracji obozu i poligonu.
Po niemieckich zwycięstwach na Zachodnich Bałkanach, wzmogły się ruchy armii niemieckiej na terenach polskich. Przedwiośnie roku 1941 obfitowało w nowe wydarzania. Poligon Pustków pęczniał od nadmiernej ilości wojsk. Masy sprzętu i ludzi przetaczały się na Wschód. Polskie organizacje podziemne zarządziły stałą obserwację ruchu wojsk niemieckich na szosach, dworcach i liniach kolejowych. W połowie 1941 roku jeden z patroli wywiadowczych AK zatrzymał w pobliżu poligonu Pustków, w rejonie Sędziszowa Małopolskiego oficera niemieckiego - kuriera do pogranicznych jednostek wojskowych - i odebrał mu pocztę służbową. Znaleziono wśród niej pisemne rozkazy wraz z mapami, w których była mowa o uderzeniu na ZSRR, z wytyczeniem kierunku natarcia dla poszczególnych armii. Plany te natychmiast przekazano drogą służbową przez Warszawę do Londynu - do sztabu wojsk sprzymierzonych. Tajemnica zaatakowania ZSRR została wydarta Niemcom co najmniej na trzy tygodnie przed pamiętnym dniem 22 czerwca 1941 r.
A później Pustków zapełnił się jeńcami - żołnierzami Armii Czerwonej. Obdarci, schorowani, wygłodniali ginęli tysiącami. Ze szczytów Podgórza widać było dniem i nocą płonące światła elektryczne wzdłuż kolczastego ogrodzenia obozu, a nieustanny jęk zrozpaczonych ludzi, dla których zabrakło nawet korzonków trawy, dobiegał do odległych osiedli, budząc grozę.
Wyniszczanie żołnierzy radzieckich trwało jeszcze w r. 1943. W tym czasie poligon był już wspaniale zagospodarowany i ufortyfikowany. Stał się twierdzą na dalekim zapleczu frontu. W pobliżu były fabryki samolotów i lotniska, a w niedaleko leżącej Wiśniowej wykuto w skale jedną z tajnych kwater polowych Hitlera.
Plany operacyjne AK, na wypadek powstania powszechnego, przewidywały uderzenie na obóz w Pustkowie. Zorganizowano liczne oddziały bojowe, które w końcowej fazie organizacyjnej liczyły około 6000 ludzi, uzbrojonych w niemiecką broń zdobyczną i broń pochodzącą ze zrzutów alianckich. Jednym z dowódców tych oddziałów był porucznik WP inż. Mieczysław Stachowski, występujący pod pseudonimami „Sęp” i „Maciej”. W konspiracji tkwił już od lutego 1940 roku. Początkowo był dowódcą placówek leżących na południowy wschód od poligonu, a później został komendantem AK we wschodniej części powiatu dębickiego. Stałym miejscem jego pobytu był poligon i obóz w Pustkowie, pracował bowiem w „Forstamt” Wola Osiecka, jako polski nadleśniczy do służby zewnętrznej, będąc równocześnie „okiem i uchem” podziemia na tych terenach. Nie działał zresztą sam: do pracy wywiadowczej dobierał sobie z rejonu obozu zaufanych pracowników - leśników. Polaków a także, znając świetnie język niemiecki, korzystał dla celów wywiadowczych z usług Niemców. Około 80 proc. robotników leśnych, pracowników biurowych i lotniczych - Polaków z terenu poligonu, to ludzie należący do AK - element inteligentny, przeszkolony wojskowo, niezwykle patriotyczny. Nic nie uchodziło ich uwagi i rozpracowywano wszystkie urządzenia, magazyny, obsługę i uzbrojenie bunkrów. Dowództwo AK było stale informowane o aktualnym stanie obozu. Zdobyto większe szkice, plany i mapy, znano rozmieszczenie posterunków i czas ich zmiany.
W lecie roku 1943 r. na teren poligonu zjechały nagle specjalne oddziały Wehrmachtu w mundurach z czerwonymi wypustkami i objęły w swe posiadanie teren Blizny. Wioska ta leżała prawie w środku poligonu, na powierzchni około 300 ha. W odległości 500 m od osady teren został natychmiast ogrodzony drutem kolczastym, który przebiegał lasem. Wstęp do Blizny został wzbroniony nawet dla oddziałów i osób wchodzących dotychczas w skład stałej obsługi SS - Truppenübungsplatz. Obiekt otrzymał nazwę Artillerie – zielfeld - Blizna.
Pierwsze próby z bronią rakietową V2 przeprowadzono późnym latem 1943 r.
Pamiętnego dnia 17 sierpnia 1943 r. o godz.16.15 wracałem z pracy na Nilem (tak nazywa się mała rzeczka przepływająca przez miasto Kolbuszową) w towarzystwie swego adiutanta Józefa Batorego ps. „Argus”. Dochodziliśmy do rynku, gdy nagle obydwaj prawie równocześnie zobaczyliśmy na tle horyzontu, w rejonie Blizny, rzadkie tu zjawisko. Sądziliśmy, że to palący się samolot, chcąc zgasić pożar robi „świecę”. Przedmiot ten wznosił się prawie prostopadle z silnie płonącą głowicą. Po pewnej chwili płomień zaczął maleć, przygasać i opadać, wreszcie zniknął, a w chwilę później usłyszeliśmy silny wybuch. „Jednego mniej” powiedział Argus. Siła wybuchu była bardzo wielka, bo w Kolbuszowej, oddalonej od Blizny o 18 km, pękły dwie szyby w oknach wystawowych. Wypadek ten poderwał na nogi ludność miasta. Liczni mieszkańcy wyszli na rynek. Wśród nich znalazłem się i ja z Argusem. Różne domysły snuły mi się po głowie. W pierwszej chwili sądziłem, że to samolot, załadowany bombami, zapalił się, spadł i nastąpił wybuch. Do tego dnia, przyznaję się niewiele wiedziałem o poczynaniach hitlerowskich w Bliźnie. Różne były nasze przypuszczenia, lecz o wyrzutni rakiet nie myśleliśmy.
Około godz. 17 tegoż dnia zajechał na rynek od strony Rzeszowa sześcioosobowy samochód wojskowy. Byli w nim oficerowie z czerwonymi wypustkami. Po zatrzymaniu się samochodu, jeden z oficerów zapytał „kto zna język niemiecki”. Podszedłem do samochodu i oświadczyłem, że znam ten język. Wówczas zapytał mnie o kierunek na Nową Wieś. Leży ta wieś na drodze do Blizny. Po otrzymaniu odpowiedzi auto odjechało zaraz. Za jakiś kwadrans nadjechało drugie podobne auto, również z oficerami z czerwonymi wypustkami. Jeden z oficerów zapytał się, tym razem po polsku „W którym to kierunku spadł dzisiaj
samolot?” Po otrzymaniu odpowiedzi, samochód odjechał znów w kierunku Blizny.
Te wszystkie wydarzenia spowodowały wydanie przeze mnie specjalnego rozkazu, przeprowadzenia wnikliwego rozpoznania w tej sprawie. Następnego dnia podobne zlecenie przekazałem swemu zastępcy, a zarazem oficerowi wywiadu Nazimkowi ps. „Drzazga”. Już trzeciego dnia otrzymałem pierwsze meldunki, że w Bliźnie mają jakąś nową broń, której pierwsza próba przeprowadzona 17.08.43 r. wypadła niepomyślnie, bo pocisk nie wyszedł w orbitę, lecz spadł w pobliżu i jest 27 Niemców zabitych. W pobliżu wypadku znaleziono również zabite zające i ptaki. Podano mi przy tym, że Niemcy trzymają sprawę Blizny w wielkiej tajemnicy. W tej sprawie wysłałem specjalny meldunek do komendanta Rejonu AK „Rzemiosło”. Odwrotnie otrzymałem rozkaz prowadzenia intensywnego wywiadu i natychmiastowego meldowania o wszystkich osiągnięciach w tej sprawie, przez specjalnych gońców.
Przez robotników rolnych w bauerostwach, przez pracowników leśnych udało mi się sporządzić plan sytuacyjny Blizny oraz stwierdzić, że jest tam wyrzutnia
pocisków rakietowych V2, że części dowożone są koleją, a specjalne cysterny na samochodach, długość rakiety około 12 m itp. Dużą pomoc w tej sprawie oddał J. Piórek ps. „Kłusownik” i d-ca plutonu lotniczego Henryk Augustynowicz ps. „Pelikan”.
Pewnego dnia pocisk - rakieta rozleciał się w powietrzu. Duży aluminiowy zbiornik spadł we wsi Zarębki obok zagrody Jagodzińskiego. Wymiary zbiornika 1,8 m długości, średnica 1,1 m. Zobaczył to jeden z moich żołnierzy i natychmiast odciął kawałek ściany zbiornika, wziął pomiary dostarczając mi to wszystko, resztę zabrali Niemcy, którzy przybyli samochodem. Innym razem por. ps. „Zbych” (Józef Micek) wracając do domu z Kolbuszowej do Cmolasu zauważył spadający pocisk rakietowy na wysokości Dubasu. Określił w przestrzeni jego upadek i na rowerze zdążył do przewidzianego miejsca upadku. Pocisk spadł, a Zbych przypłaciłby życiem, gdyby nie fałda terenowa oddzielająca go od miejsca upadku pocisku. Silny podmuch przy wybuchu mimo tej fałdy, przewrócił go z rowerem, tak że Zbych znalazł się w pobliskim stawie. Wyszedł z wody i chociaż cały ociekał wodą zdołał schwytać kilka części mniejszych jak transformatorek, materiał wybuchowy w kostkach itp. Natychmiast musiał uciekać do pobliskiego lasku, bo już nadjeżdżali Niemcy. Wszystkie zdobycze dotyczące pocisków rakietowych były natychmiast dostarczane dowództwu wyższemu AK. Zdawałam sobie sprawę z ważności zadania dotyczącego Blizny oraz, że naszym zadaniem było niszczyć potencjał wojenny hitlerowskich okupantów. Wiedziałem że kolega Lazarowicz ps. „Klamra” km-t Obwodu AK „Deser” również nie śpi i na pewno wszystko robi, aby wydrzeć tajemnicę Blizny. Przez jego obwód przechodziły transporty dla Blizny, na jego terenie był obóz Pustków. Byłem pewny, że Klamra dużo zrobi, lecz nie porozumiewaliśmy się w tej sprawie, poza omówieniem planu uderzenia na tamten obiekt. Nie porozumiewaliśmy się, gdyż porozumienie mogłoby osłabić naszą pracę lub skierować na mylne drogi. Przypadkowo wpadłem na trop wywiadu Komendy Głównej AK. U mojego oficera ps. „Karola”(J. Tyszkiewicz) zobaczyłem jednego dnia szkic Blizny. Wzięty na rozmowę stanowczą „Karol” musiał się przyznać, że działał poza normalną funkcją w Obwodzie, na rzecz Km-dy Głównej AK i utrzymywał kontakty ze specjalnym wysłannikiem. Potwierdzenie tego otrzymałem drogą służbową.
Jeden z moich ludzi W. Wąsowicz ps. „Góral”, pracownik Kripo w Kolbuszowej, człowiek całkowicie oddany pracy konspiracyjnej tak pisze...
- „Podczas pierwszej próby wystrzelenia V1 byłem razem ze swym szefem, W. Halickim w odległości około 3 km od terenu Blizny. (Halicki zlikwidowany 15.03.44 r. współpracownik gestapo i wielce oddany okupantowi, miał zezwolenie swobodnego poruszania się po poligonie). W godzinach popołudniowych usłyszeliśmy silny warkot, jak gdyby co najmniej eskadra samolotów startowała, a przy tym zauważyliśmy wysoki słup ognia i nic więcej. Warkot po pewnym czasie ucichł, a nastąpił wybuch. Na drugi dzień przyjechało dwóch SS-manów do Halickiego i powiedzieli mu w zaufaniu, że próba z nową bronią nie udała się, bo nastąpiła eksplozja i zginęło przy tym 27 osób z załogi Blizny. Po kilku tygodniach nastąpiła nowa próba, a po niej prawie codziennie dalsze. Z tego samego miejsca dokonano prób z nową rakietą V2. Rakieta ta nie miała już skrzydeł jak V1. Rakiety spadały w oddaleniu około 10 - 20 km i dalej od Blizny. Upadków takich było kilka, a dwie blisko Kolbuszowej - w Zarębkach i Dubasie -. Żołnierze AK zbierali części rakiet i według rozkazu km-ta Boryny przekazywali je do wyznaczonych punktów. Przy upadku rakiety i eksplozji pozostawały leje o średnicy około 20 - 30 m. Dodam jeszcze, że po wkroczeniu Armii Czerwonej przybyła do Kolbuszowej Komisja mieszana rosyjsko - angielsko - amerykańska, która przesłuchiwała świadków w sprawie V1 i V2 tj. ludzi mieszkających na terenach wysiedlonych w charakterze robotników rolnych. Osoby te nie mogły dać więcej ponad to, że określały kształt rakiety, przeloty dzienne i nocne oraz spustoszenie wyrządzane przy upadku” -
Rakiety wyrzucane były przeważnie w kierunku wschodnim, a tylko 6 czy 7 w kierunku północno - zachodnim. Według zwierzenia się żandarma Schöndera te wyrzuty północno - zachodnie miały zmylić czujność wywiadu polskiego. Wiadomem było jednakże, że V1 i V2 przeznaczone były przeciwko ZSRR z Blizny.
Inż. Stachowski mieszkał w tym czasie w Rudzie Sokolskiej, odległej od Blizny w linii powietrznej 4 - 5 km. A oto jego relacja:
„Około godziny 16 spokój pogodnego, sierpniowego popołudnia zmącił przeciągły grzmot, przesuwający się w kierunku Rudy Sokolskiej. Grzmot ten zakończył się silnym hukiem. W okolicy Niwisk spadł - jak wydawało się wtedy - samolot niemiecki. Lecz mnie zaintrygował fakt, że miejsce upadku rzekomego samolotu zostało natychmiast otoczone przez oddziały wojskowe, a wszelkie części po rozbitku zabrane. Następny wyrzut pocisku rakietowego obserwowałem nocą, znajdując się wtedy na drodze Dąbie - Ocieka. W pewnym punkcie szosa wznosi się nieco. Z tej wysokości widoczny był cały las poligonu, w środku którego znajdowała się Blizna. Nagle od strony Blizny zajaśniała bardzo silna łuna, a na jej tle poczęła się wznosić ponad Bliznę i ponad szczyty drzew - złocista,bardzo duża bania. Cisza była zupełna. Dopiero na pewnej wysokości poczęły eksplodować rakiety”.
Inż. Stachowski wraz ze swymi ludźmi rozpoczął niezwłocznie akcję rozpoznawczą. W krótkim czasie zdobyto mapy lokalizacyjne Blizny, a na podstawie obserwacji i żmudnych dociekań własnych oraz wypowiedzi zaufanych osób spośród personelu niemieckiego - ustalono, że w Bliźnie montowane są nie tylko pociski V1, czyli samoloty bez pilota z silnikiem odrzutowym, ale także i V2 - pociski rakietowe dalekiego zasięgu.
Pociski V1 widoczne były przy wzbijaniu się dla obserwatora patrzącego z nad stawów położonych pomiędzy Rudą Sokolską a Sokole. Przed wypuszczeniem próbnego pocisku V1 nadlatywał z lotniska w Mielcu niemiecki samolot pościgowy, który leciał następnie ponad pociskiem, eskortując go. Pociski V2 wypuszczano niejednokrotnie parę razy na dobę, zarówno w dzień jak i w nocy. Wiele z nich spadało w pobliżu Blizny, w odległości kilku lub kilkunastu kilometrów. Niemcy starali się zawsze pozbierać pozostałe części rakiety, aby nie wpadły w niepowołane ręce. Niekiedy rozpoczynał się cichy wyścig, kto pozbiera je pierwszy. Podwładnym inżyniera Stachowskiego udało się kilkakrotnie wygrać ten wyścig. Meldunki o wynikach rozpoznania broni rakietowej były prawie codziennie wysyłane przy użyciu specjalnych gońców do dowództwa AK. Jednym z takich ofiarnych gońców, który przekradał się poprzez posterunki niemieckie z częściami rakiet, i z meldunkami na punkt kontaktowy do Sędziszowa Małopolskiego, był przedwojenny śpiewak opery poznańskiej, wysiedlony przez Niemców – kpr. Jan Gruszczyński.
Niektóre części pocisku oddawano najpierw do ekspertyzy specjalnej grupie fachowców, zorganizowanej konspiracyjnie w Zakładach Przemysłowych w Sędziszowie Małopolskim za zgodą naczelnego dyrektora zakładów inż. Jurkowskiego. Grupa ta pod kierownictwem inż. Drzazgowskiego sporządzała dokładną analizę składu materiału i jego wytrzymałości. Wymiary pocisków próbowano ocenić na podstawie pozostałych na ziemi odcisków po rakietach, które spadły, a nie eksplodowały. Obserwując przewóz ładunków na lorach kolejowych zdołano stwierdzić, że pociski „Mittelbau Dora” wyrzucane są ze specjalnej wyrzutni zlokalizowanej w zachodniej części Blizny. Materiały pędne do tych pocisków rakietowych przewożono w cysternach na samochodach. Oblodzone rury ze skroplonym powietrzem zaopatrzone były w wentyle. Pocisk V2 był po wyrzuceniu widoczny gołym okiem w postaci błyszczącej strzały. Potem zaczynały działać rakiety odrzutowe, przy czym słychać było eksplozję i widać białe smugi. Pocisk ginął z oczu na bardzo znacznej wysokości.
Wagony kolejowe oraz samochody dostarczane do Blizny obserwowano systematycznie z różnych miejsc, najczęściej jednak z okien nadleśnictwa w Woli Osieckiej, obok którego przebiegała szosa i tor kolejowy z Kochanówki do Blizny.
Oprócz Informacji o broni rakietowej, systematycznie przekazanych wyższemu dowództwu, przygotowywano plany tzw. akcji „P”. W miesiącu listopadzie 43 r. przybył do mnie na kontakt inż. M. Stachowski ps. „Sęp”. Na tym spotkaniu omówiliśmy przygotowanie do akcji „P”. Ze swej strony przydzieliłem do tej akcji 1 komp. AK pod dowództwem por. W. Wiśniewskiego ps. „Chruściel”.
Resztę swoich sił w myśl planu Km-dy podokręgu miałem użyć do północnej ochrony 24 dywizji AK. Kolbuszowa bowiem była ważnym punktem strategicznym ze względu na węzeł dróg w kierunku na: Mielec, Dębę, Sokołów, Rzeszów i Sędziszów.
Wiadomem mi, że sąsiedni Obwód AK „Mleko” również miał w swym planie uderzenie na Bliznę. Do akcji tej wyznaczona była komp. pod dowództwem kpt. W. Kwarcianego, ps. „Mały”. W skład tej kompanii wchodził plut. Al. Rucin, ps. „Rusal”, którego wymieniłem na wstępie moich wspomnień. Kompania przybyła pod koniec lipca 1944 r. do Blizny bez walki, bo Niemcy po wywiezieniu całości sprzętu opuścili wyrzutnię, wycofując się przed nadchodzącą Armią Czerwoną.
Plan akcji „P” opierał się przede wszystkim na dokładnym i stale aktualizowanym rozpoznaniu sytuacji w obozie (stanu liczebnego i uzbrojenia załogi), aby w pełni wykorzystać moment zaskoczenia nocnego. Już w listopadzie 1943 r. inż. Stachowski przemycił na teren poligonu, przy pomocy fałszywych przepustek, swoich najbliższych współpracowników, dowódców miejscowych oddziałów bojowych AK - "Lucjana”, „Ostrogę” i „Łatę”, którzy zapoznali się na miejscu z położeniem uzbrojonych bunkrów i z warunkami terenowymi podejścia do wyrzutni. W lutym 1944 roku dowódcy oddziałów bojowych przećwiczyli nocą w zwiększonym składzie podejście terenowe pod przyszłe obiekty uderzenia. Przygotowania do pełnej gotowości oddziałów prowadzono systematycznie i z rozwagą.
Tymczasem Niemcy wytrwale przeprowadzali próby wyrzucania pocisków V2 które zaczęły padać coraz częściej poza obrębem poligonu.
Wiosną 1944 r. zorganizowana została w Komendzie Głównej AK w Warszawie przez inż. Antoniego Kocjana specjalna grupa, która miała za zadanie możliwie pełne zgłębienie tajemnicy niemieckich pocisków rakietowych. Powstała myśl wykradzenia Niemcom całego pocisku - niewypału, aby gruntownie poznać zasady jego konstrukcji. Ostatecznie pomógł przypadek. W początku maja 1944 r. zdobyto niewypał V2 który spadł w bagnach nad Bugiem, w rejonie miejscowości Sarnaki, w odległości 300 km od wyrzutni w Bliźnie. Pocisk został skrzętnie ukryty przez miejscowych członków AK, a po rozmontowaniu przez fachowców, główne jego części przewieziono do Warszawy, gdzie gruntowne badania nad cenną zdobyczą przeprowadził konspiracyjnie wybitny specjalista w dziedzinie techniki prof. dr inż. Janusz Groszkowski.
Części rakiety V2 przewieziono następnie do Tarnowa, skąd miały zostać dostarczone samolotem alianckim do Anglii. „Dakota” która miała przewieźć części rakiety oraz zabrać przedstawicieli polskiego podziemia, wylądowała na konspiracyjnym lotnisku pod Tarnowem w nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku. Specjalnie oczekujące tam oddziały AK dokonały załadunku. Z powodu rozmoknięcia terenu po niedawnym deszczu, start samolotu okazał się jednak bardzo trudny. Koła maszyny zaryły się w łąkę. Gdy angielski pilot był już bliski rezygnacji i zniszczenia samolotu - ostatecznie - przy największym wysiłku zebranych ludzi podkładających pod koła deski, drągi, kamienie - start doszedł do skutku. „Dakota” szczęśliwie doleciała do Anglii. Wysiłek i ryzyko życia dziesiątków ofiarnych żołnierzy polskiego podziemia nie poszły na marne. Wyniki działania naszego wywiadu przyczyniły się w tym wypadku poważnie do skutecznej obrony Anglii w ostatniej fazie wojny. Niemcy użyli bowiem pocisku rakietowego V2 po raz pierwszy 6 września 1944 r. Zanim jednak pociski te padły na Londyn dowództwo wojsk alianckich zdołało przedsięwziąć dość skuteczne przygotowania obronne.
Tymczasem 20 lipca 1944 r. w nocy Niemcy załadowali na wagony kolejowe - bezpośrednio w Bliźnie - urządzenia wyrzutni, które wraz z obsługą wywieziono na Zachód. 21 lipca rano inż. Stachowski stwierdził osobiście, że w Bliźnie pozostały tylko fundamenty po wyrzutni. Wyrzutnia w Bliźnie przeznaczona była przede wszystkim przeciwko ZSRR o czym Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich na Zachodzie było powiadomione. Osobiście wyczerpującej informacji udzieliłem radzieckiej partyzantce „Grupie Bau” pod dowództwem kpt. „Jaszy”. Grupa ta posiadała całkowitą aparaturę radiową. Wiadomości o Bliźnie przekazał Jasza natychmiast swojemu dowództwu Armii Czerwonej.
Wiadomym mi jest, że wszystkie zdobyte części V2 a zwłaszcza pochodzące z niewypału, który opadł nad Bugiem w pobliżu wsi Sarnaki, zostały przesłane samolotem w miesiącach letnich 1944 roku z konspiracyjnego lotniska pod Tarnowem. W lipcu 1944 r. Niemcy wobec szybkiego postępu Armii Czerwonej i zbliżającego się frontu zlikwidowali bazę w Bliźnie, urządzenia wywieźli na Zachód, resztę zniszczyli, a okolicę zaminowali. Po przybyciu pierwszych jednostek Armii Czerwonej na teren Kefiru, gdy nawiązałem łączność z dowódcą artylerii gąsienicowej płk. Czernikowem pierwsze pytanie było „co z Blizną”. Udzieliłem wyczerpujących informacji, a 4 sierpnia pluton AK pod dowództwem sierżanta ps. „Wilk” łącznie ze zwiadem zmotoryzowanym Armii Czerwonej udały się do Blizny. Minerzy utorowali dojście. Zastano tam tylko gruzy i szczątki nic nie znaczące.
Z pośród licznych publikacji na ten temat zasługuje artykuł zamieszczony w kwartalniku Nr. 2/66 Wojskowego Przeglądu Historycznego str. 58 do 87 mgr Michała Wiśniewskiego pt. „Polacy w walce z niemiecką bronią V”.
Opracował: Zdzisław Bednarczyk
- Aż tyle? - mówiono. - Przerost własnej chwały! -
Dziś jeszcze zapytany o niego jeden ze znanych ostrowiaków powiedział:
- Chwalił się, a odznaczenia dawali każdemu, kto się zgłosił, bo jakoś tam się zasłużył.
- A wyroki śmierci?
- Też szafowano nimi, a potem odwoływano – odpowiedział.
Znaliśmy pana Rządzkiego i nie mogliśmy pozostać przy takiej o nim opinii, zbyt go krzywdzącej.
Odwołaliśmy się do IPN-u. Potem odnaleźliśmy córkę Barbarę – z domu Rządzką, Frenkler, posiadającą duży bagaż wiedzy dokumentalnej o ojcu.
Gdy powiedzieliśmy jej, że chcemy przywołać i rozpowszechnić pamięć o jej ojcu, zapytała z żalem:
- A gdzie było społeczeństwo, gdy ojciec żył w Ostrowi? Niedoceniony i odtrącony przez wielu? -
Przesłane przez panią Frenkler dokumenty zaszokowały nas. Jest w nich potwierdzenie wszystkiego, o czym mówił pan Rządzki, co było trudne do uwierzenia. Postanowiliśmy przekazać Państwu wiedzę o naszym ostrowskim żołnierzu wyklętym. Będziemy to robić sukcesywnie wysyłając kolejne dokumenty, dotyczące człowieka, który ma w Kolbuszowej swoją ulicę, a w tamtejszym muzeum dość duży kącik.
WYRZUTNIA V1 i V2 W BLIŹNIE
Pismem Zarządu Głównego Związku Bojowników O Wolność i Demokrację zostałem zaproszony na specjalne zebranie dotyczące - jak mówi n/w zaproszenie - „... W związku z podjętą przez Zarząd Główny inicjatywą zebrania możliwie najbardziej obszernej dokumentacji, dotyczącej udziału b. żołnierzy Armii Krajowej w zdobyciu i przekazaniu do Anglii wiadomości o torpedzie V1 i V2, która zgodnie z naszymi założeniami ma posłużyć do opracowania scenariusza do filmu historycznego, utrwalającego pamięć o wkładzie polskiego Ruchu Oporu w zwycięstwo II Wojny Światowej - Zarząd Główny, celem przekonsultowania tych zamierzeń z bezpośrednimi uczestnikami tej akcji, organizuje w dniu 28 czerwca 1967 r. o godz 11, w siedzibie ZBOWiD, przy Al. Ujazdowskich 6a, specjalne zebranie powołanej w tym celu Komisji, na które serdecznie Kolegę zaprasza...”.W zebraniu tym chętnie wziąłem udział. Narada upłynęła w miłym nastroju pod przewodnictwem płk- Jana Mazurkiewicza – ps. „Radosława”. Przyrzekłem podzielić się mymi wspomnieniami, chociaż dzisiaj trudno jest zdać dokładną i ścisłą relację z owych dni z tak odległych lat. Wiem, że będą luki w tym wspomnieniu i niedokładności. Brak będzie wielu nazwisk szarych żołnierzy AK, którzy z pełnym poświęceniem wykonywali moje rozkazy. Ich trud, ich poświęcenie, ofiarność i odwaga przyczyniły się do osiągnięć i zwycięstwa.
W pamiętnych dniach wrześniowych 1939 jako młody oficer w stopniu porucznika, najpierw d-ca kompanii, a w kilka dni później d-ca batalionu 71 PP, 18 dywizji brałem udział w walkach z Niemcami na północy, w rejonie Puszczy Kurpiowskiej, nad Narwią, w okolicach Łomży i Ostrołęki. Nasza Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” stawiała czoło wojskom hitlerowskim gen. Guderiana. Już w pierwszych dniach poznałem co to jest wojna, rany, zwycięskie bitwy i wreszcie klęska, niewola. Po kilku godzinach niewoli udaje mi się z niej uciec. Wiadomość o całkowitej klęsce wywołała u mnie jakiś ból, żal, jakiś bunt wdarł się do mej duszy, a zarazem jakaś pewność - „Niemcy nie będą zwycięzcami ostatecznymi”. Jakiś wewnętrzny głos dodawał otuchy i budził nadzieję. Ileż to było w naszej historii upadków, później zrywy i wolność. Najważniejsze, to duch narodu. W nim siła i nadzieja. Najeźdźca za wszelką cenę chciał osłabić nasze społeczeństwo pod tym względem. Pisma, radio, odezwy, wypowiedzi wyraźnie o tym świadczyły.
Jako żołnierz i pedagog nie mogłem pozostać bezczynny. Po tułaczce wróciłem w listopadzie 1939 do żony i synka przebywających w Ostrowi Mazowieckiej. Nie mogłem długo być z nimi. Żegnam rodzinę i pod przybranym nazwiskiem wyjeżdżam na południe do rodzinnej wsi Rzędzianowice, pow. Mielec, woj. rzeszowskie.
Na terenie Mielca znalazłem wielu kolegów, słowa pocieszenia i wiadomość, że istnieje już konspiracyjna praca, jest nawet pismo konspiracyjne „Odwet”. Jednym z jego współpracowników, to mój kolega szkolny Władysław Jasiński, ps. „Jędruś”, o którym do dziś pozostała piosenka „Jędrusiowa dola”.
Ucieszyłem się niezmiernie tymi wiadomościami. Chociaż pierwszym moim zamiarem była wędrówka za granicę, to po otrzymaniu tych wiadomości zmieniłem plan i postanowiłem zostać w kraju, tu gdzie panoszył się wróg. Nie pytałem o polityczny kierunek konspiracji, wystarczył mi jej cel - tj. walka z wrogiem.
W dniu 4.12.1939 r. złożyłem przysięgę przy pierwszym spotkaniu z rtm Wysockim ps. „Godziemba”, komendantem Obwodu ZWZ „Mleko” (pow. mielecki). Otrzymałem funkcję oficera broni Obwodu, zadaniem moim było zbieranie i magazynowanie broni oraz sprzętu wojskowego. Praca nadzwyczaj trudna i niebezpieczna. Trzeba było zdobyć zaufanie, poprzez znów zaufanych ludzi. Wtedy to znalazłem się po raz pierwszy w leśnej wiosce Bliźnie.
Wioska ta położona z dala od głównych dróg, w resztkach dawnej Puszczy Sandomierskiej, na granicy powiatów mieleckiego, kolbuszowskiego i dębickiego.
Bliznę, tę spokojną i małą wioskę, bo liczącą około 30 gospodarstw wybrałam jako miejsce magazynowania broni i pojazdów, przeważnie motocykli. Opiekę nad tym sprzętem sprawował kapral rez. Aleksander Rusin, ps. „Rusal”. Rusal zdobył sobie mundur niemiecki, umiał prowadzić pojazdy. On to zdobywał na Niemcach owe motocykle. Najczęściej zabierał je sprzed lokali, miejsc postoju itp. a następnie odprowadzał do Blizny. Nie długo cieszyłem tą kryjówką, bo już latem w 1940 r. przyszedł nakaz wysiedlenia mieszkańców Blizny. W tym też czasie zostałem zamianowany z-cą km-ta Obwodu. Praca organizacyjna, odprawy, kontakty i szkolenia wypełniały mi czas. W nocy dnia 21.02.41 r. przybyło po mnie gestapo, na wskutek ujęcia kolportera „Odwetu”. Wiózł on prasę, między innymi również i dla mnie.
Gestapo nie zastało mnie w domu, hitlerowcy oprawcy aresztowali mi brata, szły poszukiwania za mną. Musiałem opuścić tamte tereny i zostałem przeniesiony do Warszawy. Z Mielcem całkowicie zerwałem kontakty.
Po przeszło rocznym pobycie w Warszawie odwiedził mnie komendant Rejonu ZWZ płk „Jagra”, Walery Tumanowicz, któremu podlegał Mielec i zaproponował mi powrót na południe i objęcie funkcji Km-ta Obwodu ZWZ „Kefir”. Płk. Jagra przekazując mi ten Obwód nadmienił, że chociaż tam praca organizacyjna już jest przeprowadzona, to jednakże wszystko należy, zacząć prawie „od nowa”, bo brak oficerów, podoficerów, broni i działań. Równocześnie Obwód mój został przydzielony do nowego Rejonu ZWZ „Rzemiosło”, (Rzeszów). Oficjalnie otrzymałem pracę vorarbeitera bei „Polnische Nilflussregulierung” w Kolbuszowej.
Mając doskonałe alibi pod przybranym nazwiskiem „Kordyszewski” zabrałem się do pracy konspiracyjnej. Nie brakło chętnych i oddanych sprawie ludzi. Zorganizowałem dywersję, kompanie i placówki, szkoły podchorążych i podoficerskie, WSK, a nawet pluton przysposobienia lotniczego, warsztaty rusznikarskie, produkcję granatów i pracownię kartograficzną, obsadę dowódczą, wywiad i propagandę i wtedy dopiero poczułem się pewniej i rozpocząłem działania.
Tylko 3 km na zachód od miasta miałem wielki poligon wojskowy SS - Trüppenubungsplatz - Heidelager założony pod koniec 1940 r. Na tym terenie była Blizna. Poligon obejmował teren mający w przybliżeniu kształt kwadratu o boku do 20 km długości, którego narożniki stanowią miejscowości: Brzeźnica, Rzochów koło Mielca, Kolbuszowa i Sędziszów Małopolski. Ludność wysiedlono, a opustoszałe tereny – zwłaszcza w rejonie Pustkowa – pokryto bunkrami, barakami koszarowymi, składami amunicji i żywności. W pobliżu poligonu założono obóz pracy przymusowej dla Polaków i Żydów. Stan załogi wojskowej - zmienny, - dochodził niekiedy, do 20 000 żołnierzy, nie licząc stałej obsady, administracji obozu i poligonu.
Po niemieckich zwycięstwach na Zachodnich Bałkanach, wzmogły się ruchy armii niemieckiej na terenach polskich. Przedwiośnie roku 1941 obfitowało w nowe wydarzania. Poligon Pustków pęczniał od nadmiernej ilości wojsk. Masy sprzętu i ludzi przetaczały się na Wschód. Polskie organizacje podziemne zarządziły stałą obserwację ruchu wojsk niemieckich na szosach, dworcach i liniach kolejowych. W połowie 1941 roku jeden z patroli wywiadowczych AK zatrzymał w pobliżu poligonu Pustków, w rejonie Sędziszowa Małopolskiego oficera niemieckiego - kuriera do pogranicznych jednostek wojskowych - i odebrał mu pocztę służbową. Znaleziono wśród niej pisemne rozkazy wraz z mapami, w których była mowa o uderzeniu na ZSRR, z wytyczeniem kierunku natarcia dla poszczególnych armii. Plany te natychmiast przekazano drogą służbową przez Warszawę do Londynu - do sztabu wojsk sprzymierzonych. Tajemnica zaatakowania ZSRR została wydarta Niemcom co najmniej na trzy tygodnie przed pamiętnym dniem 22 czerwca 1941 r.
A później Pustków zapełnił się jeńcami - żołnierzami Armii Czerwonej. Obdarci, schorowani, wygłodniali ginęli tysiącami. Ze szczytów Podgórza widać było dniem i nocą płonące światła elektryczne wzdłuż kolczastego ogrodzenia obozu, a nieustanny jęk zrozpaczonych ludzi, dla których zabrakło nawet korzonków trawy, dobiegał do odległych osiedli, budząc grozę.
Wyniszczanie żołnierzy radzieckich trwało jeszcze w r. 1943. W tym czasie poligon był już wspaniale zagospodarowany i ufortyfikowany. Stał się twierdzą na dalekim zapleczu frontu. W pobliżu były fabryki samolotów i lotniska, a w niedaleko leżącej Wiśniowej wykuto w skale jedną z tajnych kwater polowych Hitlera.
Plany operacyjne AK, na wypadek powstania powszechnego, przewidywały uderzenie na obóz w Pustkowie. Zorganizowano liczne oddziały bojowe, które w końcowej fazie organizacyjnej liczyły około 6000 ludzi, uzbrojonych w niemiecką broń zdobyczną i broń pochodzącą ze zrzutów alianckich. Jednym z dowódców tych oddziałów był porucznik WP inż. Mieczysław Stachowski, występujący pod pseudonimami „Sęp” i „Maciej”. W konspiracji tkwił już od lutego 1940 roku. Początkowo był dowódcą placówek leżących na południowy wschód od poligonu, a później został komendantem AK we wschodniej części powiatu dębickiego. Stałym miejscem jego pobytu był poligon i obóz w Pustkowie, pracował bowiem w „Forstamt” Wola Osiecka, jako polski nadleśniczy do służby zewnętrznej, będąc równocześnie „okiem i uchem” podziemia na tych terenach. Nie działał zresztą sam: do pracy wywiadowczej dobierał sobie z rejonu obozu zaufanych pracowników - leśników. Polaków a także, znając świetnie język niemiecki, korzystał dla celów wywiadowczych z usług Niemców. Około 80 proc. robotników leśnych, pracowników biurowych i lotniczych - Polaków z terenu poligonu, to ludzie należący do AK - element inteligentny, przeszkolony wojskowo, niezwykle patriotyczny. Nic nie uchodziło ich uwagi i rozpracowywano wszystkie urządzenia, magazyny, obsługę i uzbrojenie bunkrów. Dowództwo AK było stale informowane o aktualnym stanie obozu. Zdobyto większe szkice, plany i mapy, znano rozmieszczenie posterunków i czas ich zmiany.
W lecie roku 1943 r. na teren poligonu zjechały nagle specjalne oddziały Wehrmachtu w mundurach z czerwonymi wypustkami i objęły w swe posiadanie teren Blizny. Wioska ta leżała prawie w środku poligonu, na powierzchni około 300 ha. W odległości 500 m od osady teren został natychmiast ogrodzony drutem kolczastym, który przebiegał lasem. Wstęp do Blizny został wzbroniony nawet dla oddziałów i osób wchodzących dotychczas w skład stałej obsługi SS - Truppenübungsplatz. Obiekt otrzymał nazwę Artillerie – zielfeld - Blizna.
Pierwsze próby z bronią rakietową V2 przeprowadzono późnym latem 1943 r.
Pamiętnego dnia 17 sierpnia 1943 r. o godz.16.15 wracałem z pracy na Nilem (tak nazywa się mała rzeczka przepływająca przez miasto Kolbuszową) w towarzystwie swego adiutanta Józefa Batorego ps. „Argus”. Dochodziliśmy do rynku, gdy nagle obydwaj prawie równocześnie zobaczyliśmy na tle horyzontu, w rejonie Blizny, rzadkie tu zjawisko. Sądziliśmy, że to palący się samolot, chcąc zgasić pożar robi „świecę”. Przedmiot ten wznosił się prawie prostopadle z silnie płonącą głowicą. Po pewnej chwili płomień zaczął maleć, przygasać i opadać, wreszcie zniknął, a w chwilę później usłyszeliśmy silny wybuch. „Jednego mniej” powiedział Argus. Siła wybuchu była bardzo wielka, bo w Kolbuszowej, oddalonej od Blizny o 18 km, pękły dwie szyby w oknach wystawowych. Wypadek ten poderwał na nogi ludność miasta. Liczni mieszkańcy wyszli na rynek. Wśród nich znalazłem się i ja z Argusem. Różne domysły snuły mi się po głowie. W pierwszej chwili sądziłem, że to samolot, załadowany bombami, zapalił się, spadł i nastąpił wybuch. Do tego dnia, przyznaję się niewiele wiedziałem o poczynaniach hitlerowskich w Bliźnie. Różne były nasze przypuszczenia, lecz o wyrzutni rakiet nie myśleliśmy.
Około godz. 17 tegoż dnia zajechał na rynek od strony Rzeszowa sześcioosobowy samochód wojskowy. Byli w nim oficerowie z czerwonymi wypustkami. Po zatrzymaniu się samochodu, jeden z oficerów zapytał „kto zna język niemiecki”. Podszedłem do samochodu i oświadczyłem, że znam ten język. Wówczas zapytał mnie o kierunek na Nową Wieś. Leży ta wieś na drodze do Blizny. Po otrzymaniu odpowiedzi auto odjechało zaraz. Za jakiś kwadrans nadjechało drugie podobne auto, również z oficerami z czerwonymi wypustkami. Jeden z oficerów zapytał się, tym razem po polsku „W którym to kierunku spadł dzisiaj
samolot?” Po otrzymaniu odpowiedzi, samochód odjechał znów w kierunku Blizny.
Te wszystkie wydarzenia spowodowały wydanie przeze mnie specjalnego rozkazu, przeprowadzenia wnikliwego rozpoznania w tej sprawie. Następnego dnia podobne zlecenie przekazałem swemu zastępcy, a zarazem oficerowi wywiadu Nazimkowi ps. „Drzazga”. Już trzeciego dnia otrzymałem pierwsze meldunki, że w Bliźnie mają jakąś nową broń, której pierwsza próba przeprowadzona 17.08.43 r. wypadła niepomyślnie, bo pocisk nie wyszedł w orbitę, lecz spadł w pobliżu i jest 27 Niemców zabitych. W pobliżu wypadku znaleziono również zabite zające i ptaki. Podano mi przy tym, że Niemcy trzymają sprawę Blizny w wielkiej tajemnicy. W tej sprawie wysłałem specjalny meldunek do komendanta Rejonu AK „Rzemiosło”. Odwrotnie otrzymałem rozkaz prowadzenia intensywnego wywiadu i natychmiastowego meldowania o wszystkich osiągnięciach w tej sprawie, przez specjalnych gońców.
Przez robotników rolnych w bauerostwach, przez pracowników leśnych udało mi się sporządzić plan sytuacyjny Blizny oraz stwierdzić, że jest tam wyrzutnia
pocisków rakietowych V2, że części dowożone są koleją, a specjalne cysterny na samochodach, długość rakiety około 12 m itp. Dużą pomoc w tej sprawie oddał J. Piórek ps. „Kłusownik” i d-ca plutonu lotniczego Henryk Augustynowicz ps. „Pelikan”.
Pewnego dnia pocisk - rakieta rozleciał się w powietrzu. Duży aluminiowy zbiornik spadł we wsi Zarębki obok zagrody Jagodzińskiego. Wymiary zbiornika 1,8 m długości, średnica 1,1 m. Zobaczył to jeden z moich żołnierzy i natychmiast odciął kawałek ściany zbiornika, wziął pomiary dostarczając mi to wszystko, resztę zabrali Niemcy, którzy przybyli samochodem. Innym razem por. ps. „Zbych” (Józef Micek) wracając do domu z Kolbuszowej do Cmolasu zauważył spadający pocisk rakietowy na wysokości Dubasu. Określił w przestrzeni jego upadek i na rowerze zdążył do przewidzianego miejsca upadku. Pocisk spadł, a Zbych przypłaciłby życiem, gdyby nie fałda terenowa oddzielająca go od miejsca upadku pocisku. Silny podmuch przy wybuchu mimo tej fałdy, przewrócił go z rowerem, tak że Zbych znalazł się w pobliskim stawie. Wyszedł z wody i chociaż cały ociekał wodą zdołał schwytać kilka części mniejszych jak transformatorek, materiał wybuchowy w kostkach itp. Natychmiast musiał uciekać do pobliskiego lasku, bo już nadjeżdżali Niemcy. Wszystkie zdobycze dotyczące pocisków rakietowych były natychmiast dostarczane dowództwu wyższemu AK. Zdawałam sobie sprawę z ważności zadania dotyczącego Blizny oraz, że naszym zadaniem było niszczyć potencjał wojenny hitlerowskich okupantów. Wiedziałem że kolega Lazarowicz ps. „Klamra” km-t Obwodu AK „Deser” również nie śpi i na pewno wszystko robi, aby wydrzeć tajemnicę Blizny. Przez jego obwód przechodziły transporty dla Blizny, na jego terenie był obóz Pustków. Byłem pewny, że Klamra dużo zrobi, lecz nie porozumiewaliśmy się w tej sprawie, poza omówieniem planu uderzenia na tamten obiekt. Nie porozumiewaliśmy się, gdyż porozumienie mogłoby osłabić naszą pracę lub skierować na mylne drogi. Przypadkowo wpadłem na trop wywiadu Komendy Głównej AK. U mojego oficera ps. „Karola”(J. Tyszkiewicz) zobaczyłem jednego dnia szkic Blizny. Wzięty na rozmowę stanowczą „Karol” musiał się przyznać, że działał poza normalną funkcją w Obwodzie, na rzecz Km-dy Głównej AK i utrzymywał kontakty ze specjalnym wysłannikiem. Potwierdzenie tego otrzymałem drogą służbową.
Jeden z moich ludzi W. Wąsowicz ps. „Góral”, pracownik Kripo w Kolbuszowej, człowiek całkowicie oddany pracy konspiracyjnej tak pisze...
- „Podczas pierwszej próby wystrzelenia V1 byłem razem ze swym szefem, W. Halickim w odległości około 3 km od terenu Blizny. (Halicki zlikwidowany 15.03.44 r. współpracownik gestapo i wielce oddany okupantowi, miał zezwolenie swobodnego poruszania się po poligonie). W godzinach popołudniowych usłyszeliśmy silny warkot, jak gdyby co najmniej eskadra samolotów startowała, a przy tym zauważyliśmy wysoki słup ognia i nic więcej. Warkot po pewnym czasie ucichł, a nastąpił wybuch. Na drugi dzień przyjechało dwóch SS-manów do Halickiego i powiedzieli mu w zaufaniu, że próba z nową bronią nie udała się, bo nastąpiła eksplozja i zginęło przy tym 27 osób z załogi Blizny. Po kilku tygodniach nastąpiła nowa próba, a po niej prawie codziennie dalsze. Z tego samego miejsca dokonano prób z nową rakietą V2. Rakieta ta nie miała już skrzydeł jak V1. Rakiety spadały w oddaleniu około 10 - 20 km i dalej od Blizny. Upadków takich było kilka, a dwie blisko Kolbuszowej - w Zarębkach i Dubasie -. Żołnierze AK zbierali części rakiet i według rozkazu km-ta Boryny przekazywali je do wyznaczonych punktów. Przy upadku rakiety i eksplozji pozostawały leje o średnicy około 20 - 30 m. Dodam jeszcze, że po wkroczeniu Armii Czerwonej przybyła do Kolbuszowej Komisja mieszana rosyjsko - angielsko - amerykańska, która przesłuchiwała świadków w sprawie V1 i V2 tj. ludzi mieszkających na terenach wysiedlonych w charakterze robotników rolnych. Osoby te nie mogły dać więcej ponad to, że określały kształt rakiety, przeloty dzienne i nocne oraz spustoszenie wyrządzane przy upadku” -
Rakiety wyrzucane były przeważnie w kierunku wschodnim, a tylko 6 czy 7 w kierunku północno - zachodnim. Według zwierzenia się żandarma Schöndera te wyrzuty północno - zachodnie miały zmylić czujność wywiadu polskiego. Wiadomem było jednakże, że V1 i V2 przeznaczone były przeciwko ZSRR z Blizny.
Inż. Stachowski mieszkał w tym czasie w Rudzie Sokolskiej, odległej od Blizny w linii powietrznej 4 - 5 km. A oto jego relacja:
„Około godziny 16 spokój pogodnego, sierpniowego popołudnia zmącił przeciągły grzmot, przesuwający się w kierunku Rudy Sokolskiej. Grzmot ten zakończył się silnym hukiem. W okolicy Niwisk spadł - jak wydawało się wtedy - samolot niemiecki. Lecz mnie zaintrygował fakt, że miejsce upadku rzekomego samolotu zostało natychmiast otoczone przez oddziały wojskowe, a wszelkie części po rozbitku zabrane. Następny wyrzut pocisku rakietowego obserwowałem nocą, znajdując się wtedy na drodze Dąbie - Ocieka. W pewnym punkcie szosa wznosi się nieco. Z tej wysokości widoczny był cały las poligonu, w środku którego znajdowała się Blizna. Nagle od strony Blizny zajaśniała bardzo silna łuna, a na jej tle poczęła się wznosić ponad Bliznę i ponad szczyty drzew - złocista,bardzo duża bania. Cisza była zupełna. Dopiero na pewnej wysokości poczęły eksplodować rakiety”.
Inż. Stachowski wraz ze swymi ludźmi rozpoczął niezwłocznie akcję rozpoznawczą. W krótkim czasie zdobyto mapy lokalizacyjne Blizny, a na podstawie obserwacji i żmudnych dociekań własnych oraz wypowiedzi zaufanych osób spośród personelu niemieckiego - ustalono, że w Bliźnie montowane są nie tylko pociski V1, czyli samoloty bez pilota z silnikiem odrzutowym, ale także i V2 - pociski rakietowe dalekiego zasięgu.
Pociski V1 widoczne były przy wzbijaniu się dla obserwatora patrzącego z nad stawów położonych pomiędzy Rudą Sokolską a Sokole. Przed wypuszczeniem próbnego pocisku V1 nadlatywał z lotniska w Mielcu niemiecki samolot pościgowy, który leciał następnie ponad pociskiem, eskortując go. Pociski V2 wypuszczano niejednokrotnie parę razy na dobę, zarówno w dzień jak i w nocy. Wiele z nich spadało w pobliżu Blizny, w odległości kilku lub kilkunastu kilometrów. Niemcy starali się zawsze pozbierać pozostałe części rakiety, aby nie wpadły w niepowołane ręce. Niekiedy rozpoczynał się cichy wyścig, kto pozbiera je pierwszy. Podwładnym inżyniera Stachowskiego udało się kilkakrotnie wygrać ten wyścig. Meldunki o wynikach rozpoznania broni rakietowej były prawie codziennie wysyłane przy użyciu specjalnych gońców do dowództwa AK. Jednym z takich ofiarnych gońców, który przekradał się poprzez posterunki niemieckie z częściami rakiet, i z meldunkami na punkt kontaktowy do Sędziszowa Małopolskiego, był przedwojenny śpiewak opery poznańskiej, wysiedlony przez Niemców – kpr. Jan Gruszczyński.
Niektóre części pocisku oddawano najpierw do ekspertyzy specjalnej grupie fachowców, zorganizowanej konspiracyjnie w Zakładach Przemysłowych w Sędziszowie Małopolskim za zgodą naczelnego dyrektora zakładów inż. Jurkowskiego. Grupa ta pod kierownictwem inż. Drzazgowskiego sporządzała dokładną analizę składu materiału i jego wytrzymałości. Wymiary pocisków próbowano ocenić na podstawie pozostałych na ziemi odcisków po rakietach, które spadły, a nie eksplodowały. Obserwując przewóz ładunków na lorach kolejowych zdołano stwierdzić, że pociski „Mittelbau Dora” wyrzucane są ze specjalnej wyrzutni zlokalizowanej w zachodniej części Blizny. Materiały pędne do tych pocisków rakietowych przewożono w cysternach na samochodach. Oblodzone rury ze skroplonym powietrzem zaopatrzone były w wentyle. Pocisk V2 był po wyrzuceniu widoczny gołym okiem w postaci błyszczącej strzały. Potem zaczynały działać rakiety odrzutowe, przy czym słychać było eksplozję i widać białe smugi. Pocisk ginął z oczu na bardzo znacznej wysokości.
Wagony kolejowe oraz samochody dostarczane do Blizny obserwowano systematycznie z różnych miejsc, najczęściej jednak z okien nadleśnictwa w Woli Osieckiej, obok którego przebiegała szosa i tor kolejowy z Kochanówki do Blizny.
Oprócz Informacji o broni rakietowej, systematycznie przekazanych wyższemu dowództwu, przygotowywano plany tzw. akcji „P”. W miesiącu listopadzie 43 r. przybył do mnie na kontakt inż. M. Stachowski ps. „Sęp”. Na tym spotkaniu omówiliśmy przygotowanie do akcji „P”. Ze swej strony przydzieliłem do tej akcji 1 komp. AK pod dowództwem por. W. Wiśniewskiego ps. „Chruściel”.
Resztę swoich sił w myśl planu Km-dy podokręgu miałem użyć do północnej ochrony 24 dywizji AK. Kolbuszowa bowiem była ważnym punktem strategicznym ze względu na węzeł dróg w kierunku na: Mielec, Dębę, Sokołów, Rzeszów i Sędziszów.
Wiadomem mi, że sąsiedni Obwód AK „Mleko” również miał w swym planie uderzenie na Bliznę. Do akcji tej wyznaczona była komp. pod dowództwem kpt. W. Kwarcianego, ps. „Mały”. W skład tej kompanii wchodził plut. Al. Rucin, ps. „Rusal”, którego wymieniłem na wstępie moich wspomnień. Kompania przybyła pod koniec lipca 1944 r. do Blizny bez walki, bo Niemcy po wywiezieniu całości sprzętu opuścili wyrzutnię, wycofując się przed nadchodzącą Armią Czerwoną.
Plan akcji „P” opierał się przede wszystkim na dokładnym i stale aktualizowanym rozpoznaniu sytuacji w obozie (stanu liczebnego i uzbrojenia załogi), aby w pełni wykorzystać moment zaskoczenia nocnego. Już w listopadzie 1943 r. inż. Stachowski przemycił na teren poligonu, przy pomocy fałszywych przepustek, swoich najbliższych współpracowników, dowódców miejscowych oddziałów bojowych AK - "Lucjana”, „Ostrogę” i „Łatę”, którzy zapoznali się na miejscu z położeniem uzbrojonych bunkrów i z warunkami terenowymi podejścia do wyrzutni. W lutym 1944 roku dowódcy oddziałów bojowych przećwiczyli nocą w zwiększonym składzie podejście terenowe pod przyszłe obiekty uderzenia. Przygotowania do pełnej gotowości oddziałów prowadzono systematycznie i z rozwagą.
Tymczasem Niemcy wytrwale przeprowadzali próby wyrzucania pocisków V2 które zaczęły padać coraz częściej poza obrębem poligonu.
Wiosną 1944 r. zorganizowana została w Komendzie Głównej AK w Warszawie przez inż. Antoniego Kocjana specjalna grupa, która miała za zadanie możliwie pełne zgłębienie tajemnicy niemieckich pocisków rakietowych. Powstała myśl wykradzenia Niemcom całego pocisku - niewypału, aby gruntownie poznać zasady jego konstrukcji. Ostatecznie pomógł przypadek. W początku maja 1944 r. zdobyto niewypał V2 który spadł w bagnach nad Bugiem, w rejonie miejscowości Sarnaki, w odległości 300 km od wyrzutni w Bliźnie. Pocisk został skrzętnie ukryty przez miejscowych członków AK, a po rozmontowaniu przez fachowców, główne jego części przewieziono do Warszawy, gdzie gruntowne badania nad cenną zdobyczą przeprowadził konspiracyjnie wybitny specjalista w dziedzinie techniki prof. dr inż. Janusz Groszkowski.
Części rakiety V2 przewieziono następnie do Tarnowa, skąd miały zostać dostarczone samolotem alianckim do Anglii. „Dakota” która miała przewieźć części rakiety oraz zabrać przedstawicieli polskiego podziemia, wylądowała na konspiracyjnym lotnisku pod Tarnowem w nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku. Specjalnie oczekujące tam oddziały AK dokonały załadunku. Z powodu rozmoknięcia terenu po niedawnym deszczu, start samolotu okazał się jednak bardzo trudny. Koła maszyny zaryły się w łąkę. Gdy angielski pilot był już bliski rezygnacji i zniszczenia samolotu - ostatecznie - przy największym wysiłku zebranych ludzi podkładających pod koła deski, drągi, kamienie - start doszedł do skutku. „Dakota” szczęśliwie doleciała do Anglii. Wysiłek i ryzyko życia dziesiątków ofiarnych żołnierzy polskiego podziemia nie poszły na marne. Wyniki działania naszego wywiadu przyczyniły się w tym wypadku poważnie do skutecznej obrony Anglii w ostatniej fazie wojny. Niemcy użyli bowiem pocisku rakietowego V2 po raz pierwszy 6 września 1944 r. Zanim jednak pociski te padły na Londyn dowództwo wojsk alianckich zdołało przedsięwziąć dość skuteczne przygotowania obronne.
Tymczasem 20 lipca 1944 r. w nocy Niemcy załadowali na wagony kolejowe - bezpośrednio w Bliźnie - urządzenia wyrzutni, które wraz z obsługą wywieziono na Zachód. 21 lipca rano inż. Stachowski stwierdził osobiście, że w Bliźnie pozostały tylko fundamenty po wyrzutni. Wyrzutnia w Bliźnie przeznaczona była przede wszystkim przeciwko ZSRR o czym Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich na Zachodzie było powiadomione. Osobiście wyczerpującej informacji udzieliłem radzieckiej partyzantce „Grupie Bau” pod dowództwem kpt. „Jaszy”. Grupa ta posiadała całkowitą aparaturę radiową. Wiadomości o Bliźnie przekazał Jasza natychmiast swojemu dowództwu Armii Czerwonej.
Wiadomym mi jest, że wszystkie zdobyte części V2 a zwłaszcza pochodzące z niewypału, który opadł nad Bugiem w pobliżu wsi Sarnaki, zostały przesłane samolotem w miesiącach letnich 1944 roku z konspiracyjnego lotniska pod Tarnowem. W lipcu 1944 r. Niemcy wobec szybkiego postępu Armii Czerwonej i zbliżającego się frontu zlikwidowali bazę w Bliźnie, urządzenia wywieźli na Zachód, resztę zniszczyli, a okolicę zaminowali. Po przybyciu pierwszych jednostek Armii Czerwonej na teren Kefiru, gdy nawiązałem łączność z dowódcą artylerii gąsienicowej płk. Czernikowem pierwsze pytanie było „co z Blizną”. Udzieliłem wyczerpujących informacji, a 4 sierpnia pluton AK pod dowództwem sierżanta ps. „Wilk” łącznie ze zwiadem zmotoryzowanym Armii Czerwonej udały się do Blizny. Minerzy utorowali dojście. Zastano tam tylko gruzy i szczątki nic nie znaczące.
Z pośród licznych publikacji na ten temat zasługuje artykuł zamieszczony w kwartalniku Nr. 2/66 Wojskowego Przeglądu Historycznego str. 58 do 87 mgr Michała Wiśniewskiego pt. „Polacy w walce z niemiecką bronią V”.
Opracował: Zdzisław Bednarczyk